More selected projects

 

Ichii - podstawki do e-papierosów

 

Mała knajpka. Nastrojowy półmrok. Dobra muzyka. Dobry trunek. No i gęste obłoki papierosowego dymu. Właśnie taką wizję powstawania genialnych pomysłów w głowach rozmówców sprzedają nam hollywoodzkie - i nie tylko - filmy. Nasz pomysł również zrodził się podczas takiego nieoficjalnego spotkania, tyle że nie siedzieliśmy w chmurze dymu, tylko w oparach pary z e-papierosa, który palił Piotrek. Poza tym opis scenerii się zgadza.

To że najlepsze pomysły powstają właśnie w takich warunkach, a nie podczas oficjalnych biznesowych spotkań pod krawatem, wiedziałem od dawna. To była już któraś rozmowa z rzędu; wtedy często nasze luźne przyjacielskie rozmowy zahaczały o tematykę pomysłów na biznes. Z Piotrkiem, zwanym przez przyjaciół Karolem, znam się od dawna i zawsze ceniłem sobie jego zmysł przedsiębiorcy. Gdy dwóch takich spotka się w jednym miejscu, naprawdę trudno, żeby nic ciekawego z tego nie wyszło.

Zaczęło się od narzekania. Karol jako nałogowy e-palacz zaczął marudzić na fakt, że nie ma gdzie odstawić swojego e-papierosa podczas pracy, przez co często wylewa się z niego liquid. Mało tego, przez brak podstawki papieros często spada z biurka na podłogę, co sprawia, że e-palenie nie jest już wcale takie higieniczne. Ten problem omija palaczy tradycyjnych papierosów. A o potrzebach e-palaczach nikt dotychczas nie pomyślał. Tak oto narodził się nasz pomysł na produkt służący do podtrzymywania papierosów.

W tym miejscu pozwolę sobie na małą dygresję o zaletach narzekania. Korporacyjna filozofia sukcesu często zabrania ludziom narzekać. Coachingowi guru sprzedają ideę mocy pozytywnego myślenia, nazywania problemów wyzwaniami itd. Ja natomiast staję w obronie narzekania. Gdzie byśmy byli, gdyby nie marudzenie? Ile wynalazków by nie powstało? Ile genialnych rozwiązań zostałoby zgaszonych w zarodku, gdyby ludzie byli ze wszystkiego zadowoleni? Gdzie byśmy cywilizacyjnie się teraz znajdowali, gdyby każdy pozytywnie myślał o przeszkodach, które napotyka w życiu? Konstruktywne narzekanie to objaw ludzkiej kreatywności. Walczmy o prawo do narzekania, w imię twórczego rozwoju! Ok, to tak pół żartem, pół serio. Czas przejść do opisu realizacji naszego pomysłu, czyli tego, co nastąpiło po etapie narzekania.

Naszym następnym krokiem było zbadanie rynku. Byliśmy ciekawi, czy taki produkt istnieje. Okazało się, że na ten moment na rynku nic takiego nie było! Jedynie hobbyści w internecie sprzedawali stojaczki handmade, wytwarzane najczęściej z drewna różnego rodzaju. Postanowiliśmy więc spróbować swoich sił i zaproponować rozwiązanie problemu na nieco szerszą skalę.

W efekcie powstał prototyp z drewna, wyglądem zbliżony do ostatecznego produktu. Miał podkładkę filcową w różnych kolorach, a zapakowany został w zwykłe kartonowe pudełeczka. Zależało nam na takiej próbie rynkowej, która pozwalałaby sprawdzić, czy faktycznie potrzeba na rynku jest na tyle duża, by projekt się opłacał. W efekcie sprzedaliśmy ok. tysiąca sztuk podstawek w ciągu 3 tygodni! To był bezsprzecznie wielki sukces.

Zaczęliśmy szukać inwestora i rozpoczęliśmy pracę nad finalnym produktem, który miał być wykonany z tworzywa sztucznego, produkowany metodą wtrysku. Nie jest to tania technologia i dlatego potrzebowaliśmy pieniędzy inwestora na wdrożenie produktu na rynek i produkcję pierwszej partii 10 tysięcy sztuk. Mieliśmy w ręku argument sprzedanego tysiąca sztuk prototypu i możliwość obniżenia ceny produkcji. Wierzcie mi - nietrudno było nam znaleźć inwestora.

Rozpoczęliśmy pracę nad nowym produktem. Przede wszystkim zbudowaliśmy grupę badawczą z blisko stu osób podzielonych na podgrupy wiekowe. Dla poszczególnych grup zaprojektowaliśmy różne wzory, z którymi Klienci mogliby się identyfikować i które pozwoliłyby im odróżnić się od innych e-palaczy. Po zbadaniu oczekiwań Klientów nadszedł czas na produkcję i montaż. We wprowadzeniu produktu na rynek miał nam pomóc nasz inwestor, który posiada dużą firmę handlową oraz kontakty do dużych sieci sprzedaży.

Dlaczego uważam, że potrafię zrozumieć każdego przedsiębiorcę, konsumenta czy szeregowego pracownika? Dlatego, że właśnie ten projekt pokazał mi, jak to jest być każdym z nich! Najbardziej dało mi popalić składanie produktów. Pracowaliśmy po 14-18 godzin dziennie przez 2 tygodnie. W moim niewielkim mieszkaniu nie było miejsca absolutnie na nic. Często zasypialiśmy ze zmęczenia na naszych stanowiskach. Nieraz budził nas dopiero dzwonek domofonu następnego dnia.

To była dla mnie bardzo ważna lekcja. Zrozumiałem wtedy, jak kluczowe jest uwzględnienie procesu montażu podczas projektowania. Po 10 tysiącach sztuk złożonych własnoręcznie chętnie przeprojektowałbym produkt tak, aby zredukować proces chociażby o jedną czy dwie operacje. To zaoszczędziłoby mi dziesiątki godzin mozolnej pracy! Na moim blogu często piszę o ergonomii. Wierzcie mi, to nie jest modne słówko, którego używam w celach marketingowych. Wspominam również często jak ważna jest dla mnie wygoda operatorów, pracowników, przewoźników - wszystkich tych, którzy będą mieć do czynienia z zaprojektowanym przeze mnie produktem. To również nie są puste deklaracje. To właśnie ten projekt nauczył mnie, jak ważne jest projektowanie z głową.

W końcu! Po sześciu miesiącach pracy liczonych od pomysłu zrodzonego w “zadymionym” parą pomieszczeniu, przez pierwszy projekt produktu, prototypy, wzory, projekty opakowań ekspozytorów, produkcję, własnoręczny mozolny montaż w mojej kawalerce w pięć osób przez blisko dwa tygodnie, realizację animacji reklamowej, stworzenie strony internetowej produktu, załatwienie kodów kreskowych, zastrzeżenie znaku, dopełnienia wszystkich prawnych wymogów - uzyskaliśmy pełnoprawny rynkowy produkt. Hurra!

Teraz powinienem napisać puentę o tym, że dzięki wytężonej pracy staliśmy się z Karolem bogaczami. Że wystarczy tylko chcieć. Że sukces leży na ulicy, wystarczy się po niego schylić. Że warto mieć odważne marzenia. Że dla chcącego…

Nie ma happy endu, drogi Czytelniku. To znaczy nie ma go w takim potocznym rozumieniu, bo my niczego nie żałujemy i nie mamy żalu, że sukces nie jest spektakularny. Okazało się, że rynek to tak zmienna rzecz, jak układ kryształków w kalejdoskopie. Niestety w ciągu sześciu miesięcy naszej entuzjastycznej i wytężonej pracy rynek znacznie się zmienił. Nasi poprzedni klienci (małe sklepy z e-papierosami) zostały wchłonięte przez dużą sieć (jedna firma posiadła większość polskiego rynku). No i niestety nie miała ochoty prowadzić z nami rozmów na temat naszego produktu. Morał? Czas wejścia z produktem na rynek jest równie ważny, jak sam produkt.

Czy rozdrapujemy rany? Oczywiście, że nie. Nie można obrażać się na to, jak rynek działa. Nauczyliśmy się więcej, niż przy jakimkolwiek innym projekcie. Mimo że była to moja najmniejsza “gabarytowo” realizacja, to nauczyłem się dzięki niej najwięcej, mając okazję popracować na każdym stanowisku po kolei. W dodatku pozostają wspomnienia… Chociażby tego, jak jeździliśmy do producenta siedem razy po odbiór komponentów, bo nie mieściły nam się w naszym osobowym samochodzie. A potem musieliśmy wnieść ponad pół tony podkładek stalowych na drugie piętro kamienicy. Albo miny kurierów, gdy zobaczyli 23 paczki ważące łącznie 800 kilogramów, które musieli znieść z mojego mieszkanka, by zawieźć wszystko do dystrybutora. Na samo wspomnienie nie mogę powstrzymać uśmiechu.

Może nie zostaliśmy z Karolem milionerami, ale byliśmy blisko. Kiedyś, gdy wpadniemy na  kolejny genialny pomysł przy dobrej muzyce i dobrym trunku, w pomieszczeniu pełnym pary z karolowego e-papierosu, będziemy wiedzieli jedno - tym razem nie popełnimy tego samego błędu. I tekst będzie miał happy end, rodem z hollywoodzkiego filmu o spełnianiu marzeń.

 

Szybki kontakt!
+
Wyślij!
Top